czwartek, 2 października 2014

Aniele...


Już jestem. Najdłuższa podróż świata (niektórzy myśleli, że wyjechałam już w czerwcu) dobiegła końca. Przyleciałam dzisiaj rano, choć w Polsce była jeszcze ciemna noc. Tu zresztą też było ciemno, świtać zaczyna po siódmej. Astana nie zrobiła na mnie specjalnie piorunującego wrażenia, ale też oglądanie zza szyby samochodu nigdy nie należało do moich ulubionych form zwiedzania. Do Kokszetau wiodła nas szeroka trzypasmowa autostrada, na której korków chyba być nie może. 





Po obu stronach step żółto - rudo - zielony. Zdjęcia jeszcze bez szału, ale dopiero w długie, zimowe noce będę zgłębiać tajniki fotografowania. Wtedy zobaczycie:) Pogoda była dzisiaj niezła.
Co prawda kazali mi się przygotować na nieustający wiatr. Bo on przewiewa te stepy i w ten sposób dolatuje też do miasta:):):) A w mieście próbowałam swoich sił w języku rosyjskim - poległam:) No ale co się dziwić, jak wyżyny (sic!) osiągnęłam w samolocie, choć moja sąsiadka nie wszystko, co mówiłam, rozumiała.





Potem niebo się rozpogodziło i wyszło słońce. Teraz czekam znowu na kolejny dzień. Zobaczymy, co wydarzy się jutro.

Na razie zostawiam siebie i Was wszystkich w skrzydłach anielskich - niech nas strzegą ode złego w każdy czas.


Nie przystąpi do ciebie niedola,
a cios nie dosięgnie twego namiotu.
Bo rozkazał swoim aniołom,
aby cię strzegli na wszystkich twych drogach.

1 komentarz:

  1. Super, że doleciałaś. Czekam na dalsze wieści i zdjęcia (nieważne jakiej jakości). Myślami jestem z Tobą...:)
    Monika G.

    OdpowiedzUsuń