piątek, 5 czerwca 2015

Cuda

Myślałam, że już nie zdążę niczego napisać, ale okazało się, że wszystko jest możliwe... Dzisiaj miałam dojechać do wioski oddalonej o 100 km od mojego miasta. Ostatnie 30 km po drodze bez asfaltu, czasem po polu, krótko mówiąc - w stepie szerokim. No i najłatwiej by było, gdybym wyjechała rano. Ale wiadomo - kawunia, potem rozmowy, potem herbatunia, potem konkluzje - czas dobiegł południa. Potem jeden telefon - wsjo - biegnę na autobus. Jadę z miłą siostrą Lilianą autobusem. Droga asfaltowa bez większych dziur - 70 km. Pomysły się kończą, jak dojechać dalej. Pada dość mocno. Liliana zaprasza na obiad. Ja mówię, że na tym wycieczka się skończy. Dobre i to. Ale nagle zatrzymuje się samochód. Kierowca woła. My wsiadamy. Siostra go nie zna. On zna ją. Po drodze siostra pyta, czy może by nie pojechał ze mną dalej. On na to, że w zasadzie może jechać. Potem się okazuje, że zobaczył zakonnicę idącą w deszczu i pomyślał, że człowieka nie może tak zostawić. Gość kopał w ogródku, ale pojechał ze mną na 4 godziny. Jakaś część Europy we mnie zupełnie tego nie pojmuje... 
Niemożliwe staje się możliwe, a Bóg strzeże przybyszów. Przekonuję się o tym na każdym kroku. Czy warto było całego tego zachodu na wschodzie? 









Pozostaje tylko jedno pytanie. Wracać?:)




Kto nie boi się wierzyć, że się uda?
Ja nie, ja wiem, że wiara czyni cuda...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz