wtorek, 24 marca 2015

Idąc

Czas płynie, moje kazachskie miasto też - roztopy trwają, choć dzisiaj lekko przystopowały, mrozik wrócił. Od ostatniego pisania wiele się wydarzyło. I mały burancik w jednym z kazachskich kurortów, i ponowny wyjazd do Kirgizji, i przywitanie wiosny na placu.

No to zaczynamy od Barawoje - kazachski kurort i przedostatnia niedziela. Dzień za chmurami, ale jak tylko słońce wyszło, to wiatr (buran - taki mały, ale efektowny) przegonił chmury, pojawiło się błękitne niebo, a śnieg wyczyniał cuda na jeziorze.






Nie wiedziałam wtedy jeszcze, co mnie czeka na południu, więc łapałam słońce całą sobą. Poza tym wiatr popychał nas po lodzie tak, że w ogóle nie trzeba było stawiać kroków. No szał;)




Potem wyjechaliśmy na południe. Cudnie, że pewne obrazy zostają w sercu na zawsze. Ale nie mogę przesadzać z tymi zachwytami, bo Kasia S. znowu powie, że ma dość tej radości życia i stworzy swój własny blog - dla przeciwwagi - wszystko jest do kitu albo nawet gorzej;) W oddali Tienszan.
Zobaczyliśmy też rysunki naskalne z dawien dawna. Potem cała wycieczka pojechała nad jezioro Issyk - kul leżące na wysokości 1609 m n.p.m. W oddali majaczące szczyty górskie. Krasata;)











Wracaliśmy przez dawną stolicę Kazachstanu - Ałmatę. Był moment, by zajrzeć do parku i cerkwi.

Z drugiej strony placu tyle gołębi co w Krakowie. I akordeonista, który zagrał temat z Amelii. Dźwięki też zostają;)

Trwaj, chwilo, jesteś piękna.





A to zdjęcie z samochodu - po lewej nic, po prawej to samo:)
Step szeroki, sokoła nie widać.





Idę, idę, nie stanę, nie zawrócę,
drogi nigdy nie porzucę. 
Ja idę, idę, nie spojrzę się za siebie, 
idę prosto, meta w niebie.
Idę..

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz